Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/10. Pokaż wszystkie posty

13:39

"Zabójczy potencjał" - Hannah Deitch

Tytuł:
Zabójczy potencjał
Tytuł oryginału: Killer Potential
Autor: Hannah Deitch
Wydawnictwo: Marginesy
Data wydania: czerwiec 2026
Liczba stron: 336
Tematyka: Kryminał, thiller, sensacja
Średnia ocena: 6/10
 
Kiedy Evie Gordon zjawia się na cotygodniowych korepetycjach w domu rodziny Victorów, nie spodziewa się, że zamiast na lekcję trafi prosto na miejsce zbrodni. Jeszcze mniej spodziewa się, że zupełnym przypadkiem sama zostanie oskarżona o zamordowanie całej rodziny. Zmuszona do ucieczki, wraz z przypadkowo poznaną kobietą rozpoczyna desperacką walkę o udowodnienie swojej niewinności.
 
Już na pierwszy rzut oka widać, że “Zabójczy potencjał” to debiutancka powieść Hannah Deitch. Choć autorka miała intrygujący pomysł na fabułę, jej literacki warsztat wciąż wymaga oszlifowania. Sam koncept był naprawdę intrygujący, ale momentami wykonanie pozostawiało sporo do życzenia. Pierwsza część książki, opisująca odkrycie tragedii w domu Victorów oraz późniejszą ucieczkę Evie i Jae, została poprowadzona bardzo szczegółowo. Czytelnik nie ma poczucia, że coś zostało pominięte, a napięcie jest stopniowo budowane. Niestety w drugiej połowie tempo drastycznie spada. Pojawia się sporo niedopowiedzeń, a niektóre wątki potraktowano zbyt pobieżnie. Dodatkowo rzuca się w oczy brak solidnego researchu dotyczącego amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości i pracy organów ścigania.
 
Nie da się jednak ukryć, że powieść amerykańskiej pisarki mocno wciąga i czyta się ją niezwykle szybko. Ciekawość, jak potoczy się pościg za kobietami, nie pozwala odłożyć książki. Równolegle między bohaterkami rodzi się porozumienie, które z czasem przeradza się w coś więcej niż tylko przyjaźń. Owszem, w historii dzieje się momentami aż zbyt wiele mało prawdopodobnych rzeczy, ale z drugiej strony kto tak naprawdę wie, jak wygląda rzeczywistość osób zmuszonych do ucieczki przed prawem? Fabuła pełna jest nieoczekiwanych zwrotów akcji, które skutecznie podkręcają atmosferę. Wiele osób porównuje ten tytuł do „Zaginionej dziewczyny”, jednak moim zdaniem podobieństw jest stosunkowo niewiele, dlatego nie sugerowałabym się opiniami stawiającymi obie książki na równi.
 
Jeśli chodzi o główne bohaterki, czyli Evie i Jae, to żadna z nich nie wzbudziła we mnie ani szczególnej sympatii, ani niechęci. Są to dobrze skonstruowane postacie, jednak wielu ich decyzji zwyczajnie nie potrafiłam zrozumieć. Mimo że Evie jest świetnie wykształcona i może pochwalić się imponującym dorobkiem akademickim, niejednokrotnie miałam wrażenie, że w jej zachowaniu brakuje zwykłego, logicznego myślenia. Z kolei Jae od samego początku kreowana jest na osobę skrytą i tajemniczą, jednak jej nieumiejętność wyrażenia siebie i swoich emocji po prostu mnie irytowała.
 
Jestem natomiast ogromną fanką zakończenia książki. Autorka w bardzo przekonujący sposób pokazała, co dzieje się w psychice osoby, która doświadczyła przestępstwa, ucieczki, miłości, a jednocześnie staje się obiektem medialnego linczu. Równie dobrze zostały przedstawione reakcje społeczeństwa na całą sytuację oraz wpływ mediów na sposób postrzegania bohaterów. Hannah Deitch zdecydowała się na otwarte zakończenie i uważam, że w tym przypadku był to strzał w dziesiątkę. Historia Evie i Jae kończy się dokładnie w odpowiednim momencie, część wątków zostaje wyjaśniona, a inne pozostają otwarte, dając czytelnikowi przestrzeń do własnych interpretacji.
 
„Zabójczy potencjał” nie jest typowym kryminałem, ale jestem przekonana, że wielu czytelnikom przypadnie do gustu. To dynamiczna, pełna napięcia historia, która idealnie sprawdzi się jako wakacyjna lektura zwłaszcza dla osób lubiących thrillery z elementami psychologicznymi i motywem ucieczki.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Marginesy:

15:14

"Colette" - Valérie Perrin

Tytuł:
Colette
Tytuł oryginału: Tata
Autor: Valérie Perrin
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: maj 2025
Liczba stron: 576
Tematyka: Literatura piękna, zagraniczna
Średnia ocena: 6/10
 
Podobno nie można umrzeć dwa razy. Jednak Colette, ciotka znanej reżyserki filmowej Agnes, udowadnia, że jest to możliwe. Trzy lata po jej pogrzebie główna bohaterka otrzymuje telefon z informacją, że siostra jej ojca została znaleziona martwa po raz drugi. Początkowo Agnes jest przekonana, że doszło do pomyłki, jednak z czasem odkrywa, że nie tylko jej ciotka skrywała tajemnice. Okazuje się, że cała rodzina ma sekrety, o których bohaterka wcześniej nie miała pojęcia.
 
„Colette” należy do tych obszerniejszych powieści i nietrudno zrozumieć dlaczego. Autorka porusza wiele wątków, które wzajemnie się przeplatają. Poznajemy historię matki Agnes, której rodzice trafili do obozu zagłady w Auschwitz, losy znajomego zmagającego się z traumą przemocy seksualnej z dzieciństwa, historię muzycznego talentu ojca głównej bohaterki, a także życie i śmierć samej Colette. Do tego dochodzi jeszcze wiele pobocznych opowieści.
 
Muszę jednak przyznać, że momentami było tego po prostu za dużo. Poszczególne wątki są interesujące, ale niektóre z nich mogłyby zostać ograniczone lub całkowicie pominięte, bez większego wpływu na akcję czy główną historię. Według mnie większa koncentracja na najważniejszych wydarzeniach mogłaby pozytywnie wpłynąć na tempo powieści.
 
W kilku momentach miałam również wrażenie, że akcja została sztucznie spowolniona. Niektóre postacie znają odpowiedzi na pytania, których desperacko poszukuje Agnes, jednak przez długi czas milczą lub zdradzają istotne informacje dopiero wtedy, gdy wymaga tego fabuła. Gdyby część sekretów została ujawniona wcześniej, książka zyskałaby znacznie lepszą dynamikę.
 
Największy problem miałam jednak z bohaterkami. Zazwyczaj podczas lektury potrafię odnaleźć postać, z którą mogę się utożsamić, jednak tym razem żadna z kobiet przedstawionych w powieści nie wzbudziła mojej większej sympatii. Wiele z nich wydawało mi się zbyt biernych, lękliwych lub akceptujących zachowania, które wykraczają poza moje granice tolerancji. Przez to trudno było mi emocjonalnie zaangażować się w ich historie, które momentami były tak mało prawdopodobne, że aż absurdalne.
 
Mimo wszysttko „Colette” to dobra powieść z bardzo interesującą fabułą. Autorka stworzyła intrygującą historię i napisała ją przystępnym, niemal codziennym językiem, dzięki czemu książkę czyta się bardzo lekko. Mimo dostrzegalnych wad i momentami zbyt rozbudowanej fabuły lektura była dla mnie satysfakcjonująca. Chętnie sięgnę po kolejne książki autorki, zwłaszcza że inne jej powieści cieszą się dużym uznaniem czytelników.

12:43

"Śmierć i wiosna" - Mercè Rodoreda

Tytuł:
Śmierć i wiosna
Tytuł oryginału: La mort i la primavera
Autor: Mercè Rodoreda
Wydawnictwo: Marginesy
Data wydania: marzec 2026
Liczba stron: 240
Tematyka: Literatura piękna, zagraniczna
Średnia ocena: 6/10
 
Bezimienna wioska i jej bezimienni mieszkańcy. Jednym z nich jest czternastoletni chłopiec, który na własne oczy obserwuje samobójczą śmierć ojca oraz brutalny rytuał, jakiemu poddane zostaje jego ciało, by zatrzymać duszę przed ucieczką. Od tego momentu jego najbliższą towarzyszką staje się nastoletnia macocha, z którą wspólnie odkrywa tajemnice wioski i rządzące nią niecodzienne zwyczaje.
 
Choć „Śmierć i wiosna” jest zwięzłą powieścią o dawkujących napięcie, krótkich rozdziałach i wartkiej akcji. Mimo to lektura wcale nie należy do błyskawicznych. Sama musiałam robić sobie przerwy lub wracać do niektórych fragmentów, aby lepiej zrozumieć to, co autorka próbuje przekazać czytelnikowi. Czasami udawało mi się uchwycić sens tej historii, a czasami zupełnie go traciłam. To książka wymagająca, której zdecydowanie nie da się przeczytać jednym tchem.
 
Mercè Rodoreda skłania do refleksji nad ludzką duszą, cielesnością, funkcjonowaniem społeczności oraz samą śmiercią. Czytelnik musi wyjść poza swoją strefę komfortu, otworzyć umysł i pozwolić się porwać tej niezwykłej opowieści. Wiele zachowań mieszkańców wioski, podobnie jak decyzji głównego bohatera, pozostaje otwartych na interpretację. Po lekturze wciąż miałam mnóstwo pytań: skąd wzięły się wierzenia, którymi kieruje się ta społeczność? Z czego utrzymywała się wspólnota? Jak wyglądała jej hierarchia?
 
Największe wrażenie zrobił na mnie jednak język. Autorka dobiera słowa tak sugestywnie, że niemal natychmiast stajemy się mieszkańcami tej dusznej, tajemniczej wioski, chłonąc jej niepowtarzalną atmosferę. Malownicze opisy przyrody przeplatają się tu z wewnętrznymi rozterkami bohaterów oraz brutalnością zamkniętej społeczności.
 
„Śmierć i wiosna” to doskonały przykład realizmu magicznego, umiejętnie łączący elementy fantastyki, mistycyzmu, a momentami nawet grozy. W trakcie lektury dostrzegłam wyraźne podobieństwa do kultowych „Stu lat samotności”. Jeśli pamiętacie moją recenzję tamtej książki, to pewnie wiecie też, jak mozolnie mi szła. Jestem przekonana, że gdyby dzieło Márqueza zostało napisane w stylu zbliżonym do „Śmierci i wiosny”, jego odbiór byłby dla mnie znacznie przyjemniejszy.
 
Mimo wszystko po zakończeniu lektury miałam poczucie, że nie do końca rozumiem, o czym naprawdę była ta opowieść i czy właściwie odczytałam jej sens. Dopiero później dowiedziałam się, że Mercè Rodoreda osobiście doświadczyła okrucieństw hiszpańskiej wojny domowej oraz II wojny światowej, która nastąpiła niedługo później. „Śmierć i wiosna” można więc interpretować jako metaforę społeczeństwa żyjącego pod brutalnym reżimem politycznym — tłumiącym wolność jednostki i niszczącym wszelkie próby sprzeciwu. Choć nie jest to książka łatwa ani przystępna, zdecydowanie mogę ją polecić każdemu, kto szuka literatury skłaniającej do myślenia i nie boi się wymagających, niejednoznacznych historii.
 
Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Marginesy:

09:38

"Mrok jest po naszej stronie" - Katarzyna Zyskowska

Tytuł:
Mrok jest po naszej stronie
Autor: Katarzyna Zyskowska
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: listopad 2025
Liczba stron: 432
Tematyka: Literatura piękna, polska
Średnia ocena: 6/10

Bywają takie młodzieńcze miłości, które mimo upływu lat nigdy nie wygasają. Losy Hanny, aspirującej literatki, oraz Arniego, obiecującego prawnika o skrytych, komunistycznych przekonaniach, splotły się w 1938 roku. Choć życie raz po raz ich rozdzielało, nigdy nie potrafili o sobie zapomnieć, a ich historie, wbrew przeciwnościom, wciąż biegły wspólnym torem.

Akcja książki „Mrok jest po naszej stronie” rozwija się w wyjątkowo nierównym tempie. W pierwszej części utworu fabuła długo stoi w miejscu, skupiając się głównie na wewnętrznych rozterkach mijających się bohaterów. Później natomiast sytuacja zmienia się diametralnie, a wydarzenia rozgrywają się błyskawicznie. Za przykład mogę podać sytuację z życia jednego z głównych bohaterów, który w jednej chwili zostaje skazany i trafia do więzienia, by opuścić je zaledwie kilka stron dalej. Tak gwałtowne przeskoki sprawiają, że trudno w pełni zanurzyć się w historii i zbudować silniejszą więź z postaciami, które ewoluują zbyt szybko.

Powieść nie stroni od brutalnych opisów. Znajdziemy tu nie tylko relację tego, jak bestialsko komunistyczne służby zachowywały się wobec obywateli uznawanych przez państwo za niewygodnych, lecz także opisy przemocy obecnej na ulicach przed- i powojennej Warszawy wśród zwykłych obywateli. Ja sama nie zdawałam sobie wcześniej sprawy, jak przerażające wydarzenia rozgrywały się w więzieniu przy ulicy Rakowieckiej. Myślę, że osoby szczególnie wrażliwe mogą podczas lektury poczuć, że książka momentami narusza ich granice komfortu.

Interesującym zabiegiem jest osadzenie części akcji w Tatrach i wprowadzenie nawiązań do „Sprawy Hoffmanowej”. Czytelnicy znający twórczość autorki z pewnością rozpoznają bohaterów, u których gości główna postać. Jeśli jednak chodzi o kluczowe postacie występujące w tej konkretnej historii, to przyznam, że miałam problem, by naprawdę się z nimi zżyć. Ponadto w powieści pojawia się wiele osób odgrywających istotną rolę, które zostały opisane dość oszczędnie. Dobrym przykładem jest Klara, córka głównej bohaterki.

Myślę, że mogę już oficjalnie nazwać siebie fanką twórczości Katarzyna Zyskowska. Bardzo przemawia do mnie jej styl pisania, sposób budowania napięcia oraz kreowanie nieco mitycznego klimatu. Choć spośród wszystkich książek autorki, które dotąd przeczytałam, ta podobała mi się najmniej, nadal wciągnęła mnie na tyle, że pochłonęłam ją w zaledwie trzy wieczory. Zauważyłam też, że z każdą kolejną lekturą staję się wobec twórczości Zyskowskiej bardziej wymagająca — po wcześniejszych książkach wiem już, na jak wiele ją stać. 

„Mrok jest po naszej stronie” polecam przede wszystkim osobom zainteresowanym twórczością autorki i literaturą osadzoną w trudnych realiach powojennej Polski. Jeśli jednak miałaby to być pierwsza książka Katarzyny Zyskowskiej, nadal niezmiennie polecałabym „Nocą krzyczą sarny”.

09:14

"Rudowłosa z Auschwitz" - Nechama Birnbaum

Tytuł:
Rudowłosa z Auschwitz
Tytuł oryginalny: The Redhead of Auschwitz
Autor: Nechama Birnbaum
Wydawnictwo: Poradnia K
Data wydania: styczeń 2026
Liczba stron: 344
Tematyka: Literatura faktu, Biografia
Średnia ocena: 6/10
 
„Rudowłosa z Auschwitz” to książka, w której Nechama Birnbaum opowiada historię życia swojej babki, Żydówki Rachi. Wiosną 1944 roku, mając zaledwie osiemnaście lat, została ona wraz z całą rodziną siłą wywieziona z rodzinnej wioski położonej przy granicy węgiersko-rumuńskiej, a następnie przetransportowana do obozu w Auschwitz. Tam, razem z siostrą, każdego dnia walczyły o przetrwanie, ale też o dotrzymanie obietnicy danej matce, aby pod żadnym pozorem się nie rozdzielać. Rachi postawiła sobie za cel powrót do domu i konsekwentnie dążyła do jego realizacji mimo wszelkich przeciwności.To świadectwo niezwykłej determinacji dziewczyny, która wbrew wszystkiemu postanowiła przeżyć i wrócić do domu.
 
W książce wspomnienia z dzieciństwa Rachi, spędzonego w wiosce Crasna, przeplatają się z opisami życia w obozach pracy oraz w samym Auschwitz. Autorka z dużą wrażliwością i nostalgią przedstawia młodość swojej babki na Węgrzech. Czytając o tych beztroskich latach, momentami miałam wrażenie, jakbym sama spędzała wakacje na wsi, niemal czując zapach świeżo pieczonego chleba i zapach polnych kwiatów. Dopiero pod koniec książki oba wątki łączą się w jedną, spójną narrację, pozbawioną przeskoków czasowych. Choć Nechama Birnbaum świetnie radzi sobie z budowaniem atmosfery dzieciństwa i rodzinnego ciepła, to w opisach obozowej rzeczywistości jej styl traci na sile. W tych fragmentach trudniej wczuć się w emocje i w pełni zanurzyć w opowieści.
 
Zauważyć można, że fragmenty dotyczące życia w Auschwitz są wyraźnie krótsze niż te opisujące okres sprzed obozu oraz czas tuż po nim. Odniosłam wrażenie, że autorka celowo ograniczyła liczbę szczegółów dotyczących obozowej codzienności, być może obawiając się niedopowiedzeń lub nieścisłości. Jakby nie patrząc opisuje ona doświadczenia swojej babki, a nie swoje własne. Czytelnicy zaznajomieni z literaturą obozową z pewnością zauważą, jak wiele aspektów tego doświadczenia zostało pominiętych. Rozumiem jednak decyzję autorki, bo w tak delikatnej i wymagającej historycznej precyzji tematyce lepiej trzymać się faktów niż ryzykować przekłamania.
 
Jak przy każdej lekturze tego typu, towarzyszyło mi poczucie bólu i współczucia wobec wszystkich, którzy doświadczyli okrucieństw zgotowanych przez III Rzeszę. Nigdy nie czuję się komfortowo, wystawiając takim książkom ocenę, gdyż każda z tych historii jest inna i każda zasługuje na pamięć i szacunek. Jestem jednak ciekawa, czy Nechama Birnbaum zdecyduje się napisać kolejną powieść, czy też poprzestanie na spisaniu historii swojej babki.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Poradnia K:


12:49

"Czarne skrzydła" - Sue Monk Kidd

Tytuł:
Czarne skrzydła
Tytuł oryginału: The Invention of Wings
Autor: Sue Monk Kidd
Wydawnictwo: Literackie
Data wydania: listopad 2023
Liczba stron: 448
Tematyka: Literatura piękna, zagraniczna
Średnia ocena: 6/10
 
Niewiele osób kojarzy historię sióstr Grimké – kobiet, które w XIX-wiecznych Stanach Zjednoczonych walczyły o zniesienie niewolnictwa oraz o równe prawa dla osób czarnoskórych. To właśnie ich losy stały się inspiracją dla Sue Monk Kidd do stworzenia powieści „Czarne skrzydła”. Autorka, opierając się na faktach, buduje własną, literacką opowieść o zamożnej rodzinie i ich niewolnikach. W centrum tej historii znajdują się Sara oraz Szelma – dwie bohaterki, których życia splatają się w sposób nierozerwalny.
 
„Czarne skrzydła” to kolejna książka Sue Monk Kidd, która porusza problem nierówności rasowej na terenach południowych stanów USA. „Sekretne życie pszczół”, z którymi miałam okazję zapoznać się przed laty również poruszało podobną tematykę i szczerze powiedziawszy jestem nieco zdziwiona, że autorka zdecydowała się na poruszenie tego samego zagadnienia ponownie. Owszem, tym razem cofamy się o ponad sto lat wstecz, ale problematyka pozostaje bardzo zbliżona. Osobiście lubię, gdy autorzy eksperymentują i wychodzą poza swoje utarte schematy, dlatego tutaj poczułam lekki niedosyt.
 
Akcja książki rozpoczyna się bardzo dynamicznie. Pierwsze strony przynoszą mnóstwo wydarzeń i skutecznie budują ciekawość czytelnika. Autorka wykreowała wyraziste postaci, które początkowo imponują uporem i determinacją w walce o swoje cele. Niestety, z czasem to wrażenie zaciera się wraz z tempem samej opowieści. W miarę rozwoju fabuły bohaterowie zdają się tracić zapał do obrony własnych racji, a akcja wyraźnie zwalnia. Momentami lektura dłużyła mi się na tyle, że poważnie rozważałam jej przerwanie. Sara, którą początkowo darzyłam sporą sympatią, szybko zaczęła mnie irytować swoimi niezrozumiałymi decyzjami. Podobnie rzecz miała miejsce w przypadku Szelmy – w pewnym momencie po prostu poddała się losowi, tracąc wolę walki, która wcześniej była jej znakiem rozpoznawczym.
 
Fabuła i bohaterowie „Czarnych skrzydeł” mieli ogromny potencjał, który niestety nie został w pełni wykorzystany. Odniosłam wrażenie, że gdyby autorka poprowadziła niektóre wątki w nieco innym kierunku, cała historia zyskałaby na wyrazistości i płynności. Choć rozumiem, że sytuacja osób czarnoskórych oraz kobiet w XIX wieku mocno ograniczała ich pole manewru, to uważam, że z tej opowieści dało się wycisnąć znacznie więcej.
 
Mimo że lektura tej książki nie w pełni mnie zachwyciła, w moich planach czytelniczych wciąż znajdują się inne powieści spod pióra Sue Monk Kidd – w szczególności „Księga tęsknot”. Z moich obserwacji wynika, że pozostałe utwory autorki nie poruszają już tematyki niewolnictwa, dlatego chętnie przekonam się, jak pisarka radzi sobie z nieco inną problematyką.

21:05

"Bridgertonowie 1. Mój książę" - Julia Quinn

Tytuł:
Mój książę
Tytuł oryginału: The Duke and I
Seria: Bridgertonowie, tom 1
Autor: Julia Quinn
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: styczeń 2021
Liczba stron: 480
Tematyka: Literatura obyczajowa, Romans
Średnia ocena: 6/10
 
Wraz z końcem miesiąca na platformie Netflix ma pojawić się kolejna odsłona piątego sezonu serialu Bridgertonowie. Jako wielka fanka tej produkcji z niecierpliwością czekam na dalsze losy bohaterów. W międzyczasie postanowiłam jednak wrócić do historii Daphne i Simona – mojej ulubionej ekranowej pary, której próżno już szukać w nowych odcinkach. Zamiast ponownie oglądać pierwszy sezon, sięgnęłam po cykl powieści, na podstawie którego powstał serial, by przekonać się, czy literacki pierwowzór dorównuje swojej ekranizacji.
 
Pierwszy tom serii, „Mój książę” autorstwa Julia Quinn, czyta się niezwykle szybko – przynajmniej na początku ponieważ wraz z rozwojem wydarzeń tempo akcji wyraźnie spowalnia. Ostatnie rozdziały są niemal całkowicie pozbawione dynamiki i skupione wyłącznie na cukierkowym uczuciu między Daphne a Simonem. W pewnym momencie można wręcz odnieść wrażenie, że fabuła zatrzymała się w miejscu. W przeciwieństwie do serialu, książka koncentruje się niemal wyłącznie na tej dwójce bohaterów. Pozostali członkowie rodziny oraz postacie drugoplanowe stanowią jedynie tło wydarzeń i nie odgrywają znaczącej roli w rozwoju akcji. Być może to właśnie ograniczenie perspektywy sprawia, że powieść momentami traci na dynamice. Nie ukrywam też, że świadomość tego, jak potoczą się losy głównych bohaterów, momentami odbierała element zaskoczenia.
 
Ponieważ czytałam książkę w oryginale, nie mogę odnieść się do jakości polskiego tłumaczenia. Osobom planującym lekturę po angielsku polecam jednak mieć pod ręką słownik. Choć mieszkam w Anglii od ponad dziesięciu lat i biegle posługuję się językiem, kilkukrotnie musiałam sprawdzić znaczenie słów wywodzących się z staroangielskiego. Nie było to jednak uciążliwe – przeciwnie, dodało historii autentyczności, szczególnie że akcja rozgrywa się na początku XIX wieku.
 
Z niemałym zaskoczeniem muszę przyznać, że ekranizacja wypada lepiej niż literacki pierwowzór. Netflix wiernie oddał główną oś fabularną, jednocześnie rozbudowując ją o dodatkowe wątki i bohaterów, dzięki czemu historia nabrała tempa i wielowymiarowości. W powieści próżno szukać rozbudowanych opisów kostiumów, balów czy wystawnych wnętrz, które w serialu budują niezwykły klimat. Co więcej, w serialowej adaptacji pojawia się istotna postać, która w książce zupełnie się nie pojawia – i to właśnie ona w dużej mierze nadaje wyrazu  całej historii.
 
Ciekawostką jest fakt, że „Mój książę” kończy się aż dwoma epilogami. Drugi z nich powstał na prośbę czytelników spragnionych dalszych losów Daphne i Simona. Początkowo był dostępny jedynie na oficjalnej stronie autorki, później jednak trafił również do wydań drukowanych. Jak się okazuje, podobne podwójne epilogi znajdziemy w każdym kolejnym tomie serii. Mam wobec tego rozwiązania mieszane uczucia. Z jednej strony to ukłon w stronę fanów, z drugiej – odbiera czytelnikom przestrzeń do własnych interpretacji. Co więcej, dla osób dopiero rozpoczynających przygodę z cyklem dodatkowe epilogi mogą stanowić niezamierzony spoiler, ponieważ zawierają odniesienia nie tylko do przyszłości Daphne i Simona, ale również innych bohaterów.
 
Podsumowując: choć „Mój książę” to lekka i przyjemna lektura, tym razem to adaptacja telewizyjna okazała się dla mnie bardziej angażująca. Być może jeszcze kiedyś dam szansę kolejnym tomom serii, jednak na ten moment trudno mi wyobrazić sobie, by dorównały one temu, co zobaczyłam na ekranie. 

15:20

"The Correspondent" - Virgina Evans

Tytuł:
The Correspondent: A Novel
Autor: Virgina Evans
Wydawnictwo: Crown Publishing
Data wydania: kwiecień 2025
Liczba stron: 304
Tematyka: Literatura obyczajowa, zagraniczna
Średnia ocena: 6/10
 
Życie Sybil van Antwerp od zawsze kręciło się wokół pisania listów. Ta obecnie siedemdziesięcioparoletnia kobieta od dziesięcioleci utrzymuje korespondencje z wieloma osobami - nie tylko z rodziną i przyjaciółmi, lecz także ze znanymi autorami oraz, zdawałoby się, przypadkowymi ludźmi, którzy w jakiś sposób przecięli jej drogę. Kiedy Sybil dowiaduje się, że traci wzrok i już wkrótce pisanie listów, z którymi tak bardzo się identyfikuje, nie będzie możliwe, postanawia zmierzyć się z przeszłością i zapisać pewne sprawy po raz ostatni.
 
„The Correspondent” nie została jeszcze wydana w Polsce, ale mam przeczucie, że to tylko kwestia czasu. Powieść zdobyła rozgłos dzięki nominacji w aż trzech kategoriach w plebiscycie Goodreads Choice Awards 2025: Najlepszy Debiut, Najlepsza Powieść Fikcyjna oraz Najlepszy Audiobook. Co więcej, uzyskała imponującą ocenę 4.57/5 na podstawie prawie dziesięciu tysięcy opinii. Koło takich statystyk trudno przejść obojętnie, dlatego gdy tylko książka trafiła w moje ręce, od razu zabrałam się za czytanie.
 
Muszę przyznać otwarcie: pierwsze 110 - 130 stron było dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Fabuła nie wciągała, trudno było mi wejść w rytm opowieści, a ciekawość — mimo starań — jakoś nie chciała się obudzić. Być może wynika to z faktu, że nie przepadam za historiami, w których główną rolę odgrywają osoby starsze. Trudniej jest mi się z nimi utożsamić lub zrozumieć motywacje ich działań. Na szczęście nie zraziłam się i kontynuowałam lekturę. Było warto! Dalsza część powieści wynagrodziła mi cały trud. Okazało się, że historia Sybil van Antwerp jest o wiele bardziej złożona, niż mogłam przypuszczać, a sama bohaterka skrywa mnóstwo tajemnic.
 
Długo zastanawiałam się, czy 6 nie jest dla tej książki ocean zbyt surową. Jednak kiedy przypomniałam sobie, jak ciężko szło mi przebijanie się przez pierwszą połowę powieści, doszłam do wniosku, że nawet świetna druga część nie wymaże „grzechów” tej pierwszej. Sądzę też, że nie każdy czytelnik będzie na tyle zdeterminowany jak ja, by dać książce szansę, skoro na pojawienie się właściwej akcji trzeba czekać aż tak długo. Dodatkowo w finale pojawia się kilka nieścisłości, które nieco psuły mi nieco radość z lektury. Trudno mi było na przykład uwierzyć, że prawie osiemdziesięcioletnia kobieta, niemal pozbawiona wzroku, nagle decyduje się na długie podróże i to nie lokalne, a międzykontynentalne!
 
Co ciekawe książka nominowana została w kategorii debiut roku, a wcale nie jest to pierwsza książka napisana przez Virginię Evans. Autorka swoją pierwszą nowelę napisała w wieku 19 lat i przez kolejne lata spotykała się z licznymi odmowami od większych wydawnictw. Nikt nie chciał wydać jej powieści, aż do teraz.  Dopiero w wieku 39 lat, Virginii Evans udało się zaciekawić jedną z oficyn na tyle, żeby zgodzono wydać się jej książkę i była to właśnie „The Correspondent”. Jestem podziwu dla uporu autorki i zarazem cieszę się, że w końcu taki talent ujrzał światło dzienne.

15:55

"Ktoś, kogo znałam" - Paige Toon

Tytuł:
Ktoś, kogo znałam
Tytuł oryginału: Someone I Used To Know
Autor: Paige Toon
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: styczeń 2024
Liczba stron: 384
Tematyka: Literatura obyczajowa, zagraniczna
Średnia ocena: 6/10
 
Leah nie ma żadnego biologicznego rodzeństwa, a mimo to swój dom rodzinny musi dzielić z wieloma innymi nastolatkami, którzy znajdują się pod opieką jej rodziców, prowadzących dom zastępczy dla trudnej młodzieży.  Jednym z takich nastolatków jest George, który do domu Leah trafia pomimo faktu, że zazwyczaj rodzice dziewczyny nie godzą się na akceptowanie osób, w tym samym wieku co ich córka. Chłopak początkowo nie chce do siebie nikogo dopuścić i odtrąca wszelkie próby nawiązania kontaktu. Jego skorupa zaczyna jednak pękać, gdy udaje mu się znaleźć nić porozumienia zarówno z Leah jak i z Theo – bogatym chłopakiem, którego życiowa historia okazuje się równie smutna jak George’a. Jak często w podobnych przypadkach się zdarza, przyjaźń pomiędzy bohaterami szybko zaczyna przeradzać się w coś więcej.

Główna bohaterka zarówno jako nastolatka jak i dorosła kobieta nie może podjąć żadnej stanowczej decyzji i nie końca potrafi okazywać swoje emocje. Takie zachowania w wieku nastoletnich łatwo jest wytłumaczyć, jednak po dorosłej kobiecie spodziewałabym się czegoś więcej.  Sprawiło to, że niestety ale z Leah się nie polubiłyśmy. Ponad to, z jakiegoś powodu autorka od samego początku ukrywa, co konkretnie stało się z Theo. Czytelnik nie wie, czy zginął on w wypadku samochodowym, czy też może znalazł się w więzieniu. Paige Toon wodzi nas za nos i sztucznie kreuje napięcie, które w tym przypadku jest całkowicie niepotrzebne. Gdy już dowiadujemy się, co rzeczywiście stało się z tym bohaterem to dużo zachowań Leah okazuje się po prostu dziwacznych i wyraźnie widać, że stworzone zostały tylko po to, żeby czytelnik jak najdłużej pozostawał w sztucznie budowanej bańce.

Akcja opisywana jest przez Leah w dwóch perspektywach czasowych: kiedyś, gdy Leah miała piętnaście lat i teraz, gdy jako dorosła kobieta wraca po latach do rodzinnego domu wraz ze swoją córką. Ja zdecydowanie wolałam czytać, o wydarzeniach z przeszłości, jednak muszę przyznać, że ostatecznie obie ramy czasowe dobrze ze sobą współistniały, a zakończenie pięknie połączyło całą historię. Mimo że nie polubiłam głównej bohaterki to sama historia była ciekawa, a fabuła poruszała wiele istotnych i zarazem trudnych kwestii taki jak adopcja zastępcza, rozłąka z rodzeństwem czy młodzieńczy bunt. Rodzice Leah byli dla mnie prawdziwym wzorem do naśladowania, podziwiałam ich determinację, poświecenie i niebywały upór.  Żałowałam, że autorka nieco po macoszemu potraktowała bohaterów książki innych niż Leah, Theo czy George. Według mnie powieść nabrałaby nowego wymiaru, gdyby czytelnik mógł zapoznać się bliżej z pełnymi historiami dzieci, które znajdowały się po opieką Carrie i Ivana.  

Fabuła książki rozgrywa się na angielskiej wsi i trzeba przyznać, że Paige Toon w genialny sposób przedstawiła to otoczenie. Nie miałam żadnych problemów, żeby wczuć się w klimat powieści i razem z bohaterami na czas czytania książki zamieszkać na farmie pełnej zwierząt w okolicach North Yorkshire. Mimo że „Ktoś, kogo znałam” nie powaliło mnie na kolana to i tak książkę czytało mi się bardzo przyjemnie i jej lektura zajęła mi zaledwie parę wieczorów. Jestem przekonana, że niejednemu czytelnikowi powieść Paige Toon będzie w stanie umilić obecną jesienna pogodę. 

11:21

"Prowadź swój pług przez kości umarłych" - Olga Tokarczuk

Tytuł: Prowadź swój pług przez kości umarłych
Autor: Olga Tokarczuk
Wydawnictwo: Literackie
Data wydania: czerwiec 2022
Liczba stron: 320
Tematyka: Literatura piękna, polska
Średnia ocena: 6/10
 
W mroźny zimowy wieczór w Kotlinie Kłodzkiej w jednej z leśnych chat w nietypowy sposób umiera jeden z mieszkańców. Niedługo później w jego ślad idą kolejne osoby, których działalność powiązana była z myślistwem. Samotna i podstarzała miłośniczka natury - Janina Duszejko snuje przypuszczenia, że za serią morderstw stać muszą dzikie zwierzęta, które zdecydowały się zbuntować przeciwko kłusownictwu i bezmyślnemu zabijaniu ich pobratymców.
 
„Prowadź pług swój przez kości umarłych” to utwór, który jest połączeniem kryminału i thilleru z jednoczesnym mocnym wydźwiękiem proekologicznym. Największą zaletą książki jest główna bohaterka. Podobała mi się jej dziwaczność i nietuzinkowość, a zarazem brak oporów przed wypowiadaniem na głos swoich niecodziennych opinii. Spodobało mi się również to, że Janina nadawała osobom ze swojego otoczenia swoje własne imiona, które według niej lepiej odzwierciedlały ich osobowość. Ponadto jej zafascynowanie astrologią tylko dodawało do tajemniczego i mrocznego klimatu książki. Niestety resztę postaci odebrałam jako nijaką. Być może dlatego, że pełniły one drugorzędną rolę w powieści i autorka nie pokusiła się o aż tak barwne opisy ich charakteru.
 
Początkowo tytuł książki wydawał mi się zanadto wyrafinowany, za długi i mało pasujący do fabuły. Później dopiero dowiedziałam się, że jest to cytat pochodzący z jednego z utworów Williama Blake’a, który był często wspominany w książce pani Olgi Tokarczuk. Mimo wszystko, wydaje mi się, że autorka zbyt mocno próbowała stworzyć książkę z silnym wydźwiękiem ideologicznym i każdy element książki począwszy od tytułu miał to czytelnikowi podkreślać.  Samo rozwiązanie zagadki morderstw nie było dla mnie jakoś szczególnie zaskakujące, bo od samego początku miałam swoje przypuszczenia, które na koniec tylko się potwierdziły.
 
Oczywiście nie można powiedzieć, że Olga Tokarczuk nie potrafi pisać, wręcz przeciwnie. Autorka znakomicie operuje słowem i genialnie potrafi wprowadzić czytelnika w atmosferę książki. Jednak, pomimo dobrego pióra i dosyć niecodziennej fabuły to książka i tak mnie nie wciągnęła. Gdy przerywałam lekturę, nie czułam przemożnej chęci powrócenia do niej i dowiedzenia się, co stało się dalej,  wręcz przeciwnie dosyć trudno było mi się zachęcić się do powrotu do lektury. Nie lubię, gdy książka wywołuje we mnie takie emocje, ponieważ często prowadzi to do dłuższych przestojów w moim czytelnictwie.
 
Jest to pierwsza książka autorstwa Olgi Tokarczuk, jaką przyszło mi czytać. Trudno mi powiedzieć czego się po niej spodziewałam. Na pewno sława autorki i fakt, że otrzymała ona nagrodę Nobla zrobił swoje. W tym przypadku dostałam powieść, która skłania do myślenia i niesie ze sobą głębsze przesłanie. Nie jestem tylko do końca przekonana, czy potencjał książki został w stu procentach wykorzystany. Mimo, że powieść ta nie będzie moją ulubioną to mimo wszystko nie zniechęciłam się do twórczości Olgi Tokarczuk i na pewno dam jej jeszcze szansę. 

16:09

"Na oczach wszystkich: Historia przypadku polskiego Fritzla" - Katarzyna Włodkowska

Tytuł: Na oczach wszystkich: Historia przypadku polskiego Fritzla
Autor: Katarzyna Włodkowska
Wydawnictwo: Wielka Litera
Data wydania: wrzesień 2022
Liczba stron: 328
Tematyka: Literatura faktu, Reportaż
Średnia ocena: 6/10

Pamiętam jak na przełomie 2016 i 2017 roku zrobiło się głośno na temat sprawy „polskiego Fritzla”, który przez dwa lata przetrzymywał swoją małżonkę w piwnicy i który zgotował jej piekło na ziemi. W danym momencie nie śledziłam jednak tego wątku uważnie, dlatego gdy tylko dowiedziałam się, że pani Katarzyna Włodkowska napisała na ten temat całą książkę, wiedziałam, że muszę po nią sięgnąć. 

Przedstawiona w książce historia pani Ewy mną dogłębnie wstrząsnęła. Naprawdę, nawet teraz nie jestem w stanie pisać, o tym co bohaterka musiała znosić z rąk osoby, która ślubowała jej miłość. To co pani Ewie i jej dzieciom zgotował jej małżonek woła o pomstę do nieba. Najgorsze jest jednak to, że tyle osób mogło kobiecie pomóc, tymczasem nikt się nie odważył. Przykro czytało mi się o ludzkiej znieczulicy na drugiego człowieka, a także o tragicznym wręcz działaniu polskich służb bezpieczeństwa. 

Prócz opisu przeżyć i doświadczeń pani Ewy, autorka raczy czytelnika też bardzo szczegółową analizą regionu, w którym małżeństwo Sapałów zamieszkiwało. Z jednej strony rozumiem skąd się wzięły te fragmenty – autorka chciała wytłumaczyć czytelnikowi społeczno-ekonomiczne aspekty Kaszub, które w jakimś stopniu mogły przyczynić się do zachowania zarówno sprawcy jak i okolicznych mieszkańców, którzy zdawali sobie sprawę z zaistniałej sytuacji, a mimo wszystko na nią nie reagowali. Nie zmienia to jednak faktu, że wstawki te były zdecydowanie za długie, a czasami też i chaotyczne. 

Z mojego punktu widzenia połowa książki to była historia pani Ewy, a druga to historia Kaszub. Czy ja biorąc tę książkę do ręki chciałam dogłębnie analizować historię tego regionu? No nie! Chciałam zapoznać się z historią przypadku polskiego Fritzla! Zapoznać się, zapoznałam, ale przez te wszystkie adnotacje miałam wrażenie, że czytam tę historię trochę na około. Dodatkowo miałam wrażenie, że autorka szuka trochę usprawiedliwienia dla tego co się pani Ewie stało. Rozumiem, że okolice w których się wychowywaliśmy czy też w których żyjemy mogą mieć wpływ na nasze zachowanie, jednak nie usprawiedliwiają takiego bestialstwa czy znieczulicy. Pewne podstawowe ludzkie odruchy ma się tak czy siak.  

Nie zmienia to jednak faktu, że pani Katarzyna Włodkowska wykonała kawał dobrej roboty i bardzo rzetelnie i obiektywnie sprawę małżeństwa Sapałów przedstawiła. Jedyne co mi się nasuwa po przeczytaniu tej książki to apel: nie bójmy się reagować, gdy wydaje nam się, że drugiemu człowiekowi dzieje się krzywda. Lepiej nasłuchać się, że niepotrzebnie ingerujemy w czyjeś  życie, niż po czasie bić się ze sobą, że pozostaliśmy bierni na cierpienie drugiej osoby.  

14:18

"Ostatnie stadium" - Nina Lykke

Tytuł: Ostatnie stadium
Tytuł oryginału: Full spredning
Autor: Nina Lykke
Wydawnictwo: Pauza
Data wydania: czerwiec 2021
Liczba stron: 304
Tematyka: Literatura piękna, zagraniczna
Średnia ocena: 6/10
 
Mówi się, że stara miłość nie rdzewieje i historia, którą czytelnikowi przedstawia Nina Lykke dowodzi prawdziwości tego powiedzenia. Elin, która na co dzień pracuje jako lekarz rodzinny pewnego wieczora po paru lampkach wina przez przypadek wysyła zaproszenie do znajomych do swojego dawnego chłopaka i tak od słowa do słowa, od spotkania do spotkania, ich relacja zacieśnia się i przemienia w romans, który za jakiś czas wychodzi na światło dzienne. Od tej pory Elin tymczasowo zamieszkuje w swoim gabinecie lekarskim i snuje przemyślenia na temat swojego życia, które namiętnie „komentuje” szkielet, znajdujący się w rogu pokoju.
 
Pod względem samej fabuły w książce dzieje się bardzo niewiele, dlatego też wydaje mi się, że głównym celem autorki nie było wcale przestawienie historii romansu, jaki narodził się pomiędzy Elin a Bjørnem, a raczej ukazanie przemyśleń głównej bohaterki i wylanie jej wewnętrznych przekonań na papier. Wiele z tych rozmyślań jest naprawdę bardzo trafnych i co więcej sama je podzielam. W „Ostatnim Stadium” Elin daje upust swojej frustracji na służbę zdrowia, pacjentów jak i na swoje małżeństwo, dzieciństwo czy nawet swoje własne nałogi. Niespotykane było to, że bohaterka nie starała się koloryzować różnych sytuacji tylko dlatego, że sama była w ich centrum. Była dla siebie tak samo krytyczna jak dla innych, dostrzegała swoje błędy i nie wstydziła się o nich mówić.
 
„Ostatnie Stadium” to pierwsza książka skandynawska, która przeczytałam i która nie jest kryminałem. Ja osobiście uwielbiam Norwegię i nawet uczę się języka  tego kraju, dlatego poznanianie Skandynawii od innej strony niż kryminały było dla mnie miłą odmianą i uważam, że więcej powieści tego typu powinno być wydawanych w Polsce. Dodatkowo istnieje przekonanie, że w krajach skandynawskich żyje się lepiej niż gdziekolwiek indziej, tymczasem książki takie jak ta pozwalają nam poznać norweskie społeczeństwo od środka i samemu wysnuć wnioski, czy rzeczywiście jest tam tak kolorowo. 

15:00

"Światłoczułość" - Jakub Jarno

Tytuł: Światłoczułość
Autor: Jakub Jarno
Wydawnictwo: Literackie
Data wydania: październik 2024
Liczba stron: 271
Tematyka: Literatura piękna, polska
Średnia ocena: 6/10
 
Chyba mało jaka książka wzbudziła w ostatnim czasie tak wiele emocji na rynku czytelniczym co „Światłoczułość”. W szczególności, gdy w obieg poszła plotka że Jakub Jarno to tak naprawdę ukrywający się pod pseudonimem Remigiusz Mróz. Nikt plotki tej nie potwierdził, ani też jej nie zaprzeczył, a mi samej ciężko się do niej odnieść, bowiem do tej pory przeczytałam tylko jedną książkę autorstwa Remigiusza Mroza i nie byłabym w stanie stwierdzić, czy styl pisania obu panów jest na tyle podobny lub charakterystyczny, żeby móc stwierdzić, że jest to ten sam autor. Ale czy to robi jakąkolwiek różnicę, kto tak naprawdę powieść tę napisał? Dla mnie nie ma to najmniejszego znaczenia, bo książkę oceniam po treści, a nie po nazwisku autora.
 
Początkowo powieść zapowiadała się naprawdę dobrze. Podobały mi się tajemnicze dialogi i listy, jakie wymieniali między sobą główni bohaterowie – Witek i Żerka oraz atmosfera, jaką wokół ich relacji budował autor. Pozytywnie zaskoczyłam się też widząc, że „Światłoczułość” zawiera w sobie kolejną książkę – „Migotanie”. Szybko jednak cały mój zachwyt opadł. „Migotanie” mimo, że przedstawione zostało jak rzeczywista książka w książce, zawierająca nawet osobną datę publikacji, referencje, dedykację, okazała się raczej fragmentami książki przeplatanymi z przemyśleniami lub dialogami autora z nieznanym rozmówcą, aniżeli powieścią z prawdziwego zdarzenia. Wydaje mi się, że równie dobrze autor mógł kontynuować swoją powieść tak samo jak zaczął bez wplątywania niepotrzebnych udziwnień.
 
Nie wiem, jak duży research historyczny poczynił Jakub Jaro przed napisaniem tej książki, ale ja sama miałam wrażenie, że brakowało w niej autentyczności. Czułam jakby autor nie miał do końca pojęcia o tematyce wojennej, nie czuł się w niej dobrze i bał się poruszać po pewnych rejonach, których nie był pewny. Starał się trzymać tematów bezpiecznych i których wiarygodności ciężko byłoby zaprzeczyć, a mimo to udało mu się podpaść wielu historykom, którzy twierdzą, że Jakub Jarno pozmieniał lub nieadekwatnie przedstawił pewne fakty historyczne.
 
Akcja książki była bardzo niestabilna, albo działo się praktycznie nic, albo działo się wszystko na raz. Były momenty, w których nie mogłam się oderwać od książki, ale były też i momenty, kiedy musiałam się wręcz zmuszać do dalszego czytania. W pewnym momencie miałam trochę wrażenie, jakbym jedyne co robiła to czytała o kolejnych pobiciach głównego bohatera i gwałtach na dziewczynkach. Rozumiem, że książka starała się oddać, jak okropnym okresem była wojna i jak mało o swoim własnym losie miał do powiedzenia człowiek, jednak w przypadku Witolda Szczombrowskiego miałam wrażenie, że chłopak jest wręcz chodzącym magnesem na nieszczęście.  Na koniec to już nawet nie liczyłam, że coś dobrego Go w życiu spotka.
 
Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego „Światłoczułość” wywołuje u wielu takie zachwyty. Jakub Jarno ma naprawdę znakomite pióro i wie jak obudzić w czytelniku głęboko ukryte emocje i empatię. Debiutantom raczej nieczęsto się to udaje. Swoim stylem pisania autor potrafi trudny wojny przekształcić w poetyckie uniesienia. Mnie jednak książka ta nie porwała. Może mam trochę inną wrażliwość niż inni czytelnicy, którzy w tej książce znaleźli jakieś literackie objawienie? Nie wiem, ale ja jako czytelnik poczułam się trochę napełniona obietnicami, z których żadna potem nie została spełniona. 

21:42

"Jestem dość" - Magdalena Mikołajczyk

Tytuł: Jestem dość 
Autor: Magdalena Mikołajczyk
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: listopad 2022
Liczba stron: 288
Tematyka: Rozwój osobisty, Psychologia, Nauki społeczne
Ocena: 6/10

„Jestem dość” to książka, która przypomina trochę niepoukładany pamiętnik Magdaleny Mikołajczyk – polskiej artystki kabaretowej i twórczyni internetowej. Każdy rozdział porusza inny temat, nie nawiązuje do poprzedniego i pokrywa różne etapy życia pani Magdaleny – od dzieciństwa, poprzez okres nastoletni i macierzyństwo do wieku średniego. Znajdziemy tu wątki, które skłaniają do refleksji, śmieszą bądź czasami też nudzą. Dużo jest tu przemyśleń na temat macierzyństwa, co „nie-matkom” takim jak ja pozwala nieco lepiej poznać „co się dzieje po drugiej stronie barykady”.

Książka rzeczywiście daje do zrozumienia czytelnikowi, a raczej kobietom, bo to zdecydowanie ta grupa jest docelowym odbiorcą tej pozycji, że wszystkie jesteśmy do siebie podobne i dzielimy podobne problemy, myśli i spostrzeżenia, a najróżniejsze faux pas czy niepowodzenia, które dotykają nas na co dzień, tylko kształtują to kim jesteśmy i czynią nas jedynymi w swoim rodzaju. Co najważniejsze pani Magdalena nie stara się nam dawać żadnych rad, wręcz przeciwnie, autorka stara się uzmysłowić nam, że bez względu na to jak nisko się cenimy to wciąż jesteśmy wyjątkowe i jesteśmy dość, takie jakimi jesteśmy. 

Rozdziały są krótkie, dlatego książkę czyta się bardzo szybko, ja jednak odniosłam wrażenie, że autorka nie zagłębia się zbytnio w wątki, które są dla niej trudne. Z jednej strony całkowicie to rozumiem, bo pisanie o trudnych osobistych doświadczeniach i dzielenie się z nimi ze światem, nie jest czymś na co każdy może być gotowy, jednak jako czytelnik chciałabym bardziej dogłębnie poznać, z jakimi dokładnie autorka mierzyła się problemami, żeby tym samym lepiej zrozumieć jej tok myślenia. 

Pisząc o tej książce, nie jestem w stanie nie wspomnieć o pewnym fakcie, który w wielkim skrócie - działał mi na nerwy. Mówię tu o zaczynaniu nowych zdań od małej litery. Mimo że zdaję sobie sprawę, że było to celowym zabiegiem stylistycznym to nie umniejsza to faktu, że początkowo niezwykle mnie to irytowało. Wszelkie błędy interpunkcyjne, ortograficzne itp. bardzo kolą mnie w oczy, dlatego ciężko było mi przebrnąć przez pierwsze pięćdziesiąt stron książki do tego, nie jestem w stanie zrozumieć czemu miał ten zabieg służyć. Z ciekowości odwiedziłam stronę internetową autorki (www.matkojedyna.pl) i jak się okazało witryna ta również pisana jest takim samym stylem. Jedyne co przychodzi mi to głowy to to, że być może w taki sposób pani Magdalena chce się wyróżnić na tle innych autorów. 

Książka na pewno przypadnie do gustu osobom, które dopiero zaczynają się interesować naukami społecznymi i.e. psychologią i rozwojem osobistym. Osoby, które są tak jak ja nieco głębiej zaznajomione w temacie potraktują ją raczej jako miłe czytadło na jesienne wieczory aniżeli książkę, z której można wyciągnąć coś więcej niż tylko luźne przemyślenia. 

18:20

"Pojedynek. Niezwyciężona 1" - Marie Rutkowski

Tytuł: Pojedynek. Niezwyciężona 1
Tytuł oryginału: The Winner's Curse
Autor: Marie Rutkowski
Wydawnictwo: Feeria Young
Data wydania: listopad 2015
Liczba stron: 384
Tematyka: Literatura młodzieżowa
Ocena: 6/10

Nastoletnia Kestrel stoi przed życiowym dylematem. Wstąpić do armii swojego ojca czy stanąć na ślubnym kobiercu? Jako córka generała bohaterka musi podjąć jedną z powyższych decyzji, aby dać dobry przykład reszcie społeczeństwa i nie zawieść swojego surowego rodzica. Jednak co wybrać, kiedy żadna z tych opcji nie jest tym, co chciałaby od życia dziewczyna? Jakby tego było mało między Kestrel a nadwornym niewolnikiem rodzi się zakazane uczucie, z którego nie może wyniknąć nic dobrego.

Miłość pomiędzy dwoma zwaśnionymi stronami to motyw znany w literaturze od wieków. Weźmy chociażby za przykład Romea i Julię, których historia miała tragiczny koniec. Czy w powieści Marie Rutkowski możemy oczekiwać happy end'u? Tego jeszcze nie wiadomo, ponieważ "Pojedynek" rozpoczyna trzytomową sagę "Niezwyciężona", a ponadto pisarka wciąż wodzi czytelnika za nos jako, że uczucia głównej bohaterki są całkowicie sprzeczne z jej zachowaniem.

Wracając jednak do tytułu serii, jestem bardzo zawiedziona, że polskie wydawnictwo nie zostało przy oryginalnej nazwie jaką jest “The Winner's Curse” - Klątwa Zwycięzcy, która według mnie brzmi o niebo lepiej niż “Niezwyciężona”. Na szczęście okładki pozostały zostały niezmienione, dzięki czemu polscy czytelnicy mogą nacieszyć oko przepięknymi graficznymi oprawami.

Jeśli na bieżąco czytacie moje recenzje to pewnie już wiecie, że ogromną uwagę poświęcam kreacji głównego bohatera. Kestrel to postać strworzona z wielką dobałością o szczegóły. Siedemnastolatka zaimponowała mi swoim uporem, inteligencją oraz empatią. Co najważniejsze nie jest to typowa dziewczyna z wyższych, która boi się własnego cienia a jej główną rozrywką są wytworne bale. Kestrel jest przebiegła, potrafi myśleć strategicznie i nie boi się podejmować ryzyka.

Wielu z was mogłoby mnie zapytać, dlaczego “Pojedynek” otrzymał tak niską notę, skoro powieść ma tak wiele plusów. Śpieszę z wyjaśnieniami. Wszystkiemu winna jest mało dynamiczna akcja. Książka niby liczy sobie prawie czterysta stron, ale tylko ¼ to prawdziwie wartka akcja. Pozostała treść to jedynie zapoznawanie się ze światem przedstawionym i osobowościami poszczególnych bohaterów. To też poniekąd ma swoje plusy, ponieważ po lekturze “Pojedynku” doskonale znamy Valorian i Herran, ich aspiracje, a także mocne i słabe strony. Dodatkowo w czytelniku budzi się silne przywiązanie do bohaterów oraz przemożna chęć poznania dalszego ciągu historii.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Feeria:

02:17

"Carrie Pilby. Nieznośnie genialna" - Caren Lissner

Tytuł: Carrie Pilby. Nieznośnie genialna
Tytuł oryginału: Carrie Pilby
Autor: Caren Lissner
Wydawnictwo: HarperCollins
Data wydania: 4 listopad 2015
Liczba stron: 368
Tematyka: Literatura piękna, zagraniczna, współczesna
Ocena: 6/10

Carrrie Pilby jest doskonałym przykładem kujonki, skupionej bardziej na zdobywaniu wysokich stopni niż na zawieraniu przyjaźni. W latach szkolnych zupełnie jej to nie przeszkadzało, bo skupiła całą swoją uwagę na poszerzaniu horyzontów, gdy jednak skończyła studia i oceny przestały kierować całym jej życiem, dostrzegła, że jej grono znajomych ogranicza się jedynie do własnego ojca i psychoterapeuty. To właśnie doktor Petrov przygotował plan działania, który ma na celu pomóc Carrie w zawarciu nowych znajomości. Zaleca on:

1. ZROBIĆ 10 rzeczy sprawiających radość.
2. Zostać członkiem jakiejś organizacji lub klubu (aby SPOTYKAĆ SIĘ z ludźmi).
3. Iść na randkę (z naprawdę INTERESUJĄCYM chłopakiem).
4. Wyznać komuś (z WYJĄTKIEM własnego terapeuty), ile dla niej znaczy.
5. Bawić się w sylwestra (w GRONIE ZNAJOMYCH).

Bohaterka początkowo dość sceptycznie podchodzi do realizacji powyższych punktów. Nie ma ochoty na nawiązywanie nowych przyjaźni, dobrze czuje się w swoim własnym towarzystwie z filmem bądź słownikiem w roli kompana. Dodatkowo przeraża ją sama myśl o konwersacji z osobą o niższym ilorazie inteligencji. Postanawia jednak przełamać się i chociażby spróbować wcielić poszczególne podpunkty w życie.

Powieść Caren Lissner przypadła mi do gustu przede wszystkim przez wzgląd na to, że w głównej bohaterce odnalazłam odzwierciedlenie wielu swoich własnych cech (choć w dość wyolbrzymionej wersji) oraz obaw. Wydaje mi się, że każdy czytelnik będzie mógł w mniejszym lub większym stopniu utożsamić się z Cassie, ponieważ nie ma chyba osoby, która nie obawiałaby się wyobcowania. Ponadto książka stanowi doskonały poradnik dla osób, które już teraz zostały dotknięte samotnością i chciałyby się z nią uporać.

„Nieznośnie genialna” charakteryzuje się powolnym tempem akcji, ale za to bogatym opisem przeżyć wewnętrznych i rozmyślań tytułowej bohaterki. Wynika z tego, że fani powieści przygodowych raczej nie mają czego szukać w książce pani Lissner, aczkolwiek entuzjaści psychologii człowieka jak najbardziej. Osobiście lektura powieści nie tylko wzbudziła we mnie liczne refleksje, ale także wzbogaciła moją wiedzę na tematy, które wcześniej wydawały się dla mnie nieistotne lub też nieciekawe.

Mówiąc o „Carrie Pilby” nie sposób nie wspomnieć o znakomitym stylu pisania autorki. Caren Lissner świetnie ubiera myśli w słowa przez co mój zeszyt z cytatami wzbogacił się w niejeden cenny werset. Jakby tego było mało pisarka stworzyła bardzo prawdziwą fabułę. Nie znajdziemy tutaj typowego dla większości książek „wciskania kitu” o tym, jak to jeden dzień zmienił całe życie bohaterki czy też jak to diametralnie odmienił się jej sposób myślenia.

Podsumowując, debiut literacki Caren Lissner jest utworem dla dość specyficznego grona odbiorców. Zachwyceni będą przede wszystkim czytelnicy nieoczekujący wartkiej akcji, a za to ceniący sobie doskonały zarys psychologiczny bohatera i refleksyjność.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Harper Collins:

01:08

"Odrodzona" - C.C. Hunter

Tytuł: Odrodzona
Tytuł oryginału: Reborn
Autor: C.C. Hunter
Wydawnictwo: Feeria Young
Data wydania: październik 2015
Liczba stron: 424
Tematyka: Literatura młodzieżowa
Ocena: 6/10

Wydawać by się mogło, że temat istot paranormalnych został już zupełnie wyczerpany. Po fali wampirzych powieści jaka zalała rynek wydawniczy przed niespełna czterema laty, większość czytelników uznała ten motyw za wyczerpany i najzwyczajniej w świecie nużący. Tymczasem amerykańska autorka C.C. Hunter postanowiła po raz kolejny podjąć się wampirzego zagadnienia i jak się okazuje z całkiem dobrym rezultatem.

Przed lekturą "Odrodzonej" wiedziałam oczywiście, że C.C. Hunter jest autorką innej paranormalnej serii dla młodzieży, jednak byłam przekonana, że jej nowy cykl jest zupełnie z nią niezwiązany. Okazuje się, że byłam w błędzie, bowiem w „Odrodzonej” występują ci sami bohaterowie, jednak wydarzenia są ukazane oczami nie Kylie, jak miało to miejsce wcześniej, lecz jej przyjaciółki Delli Tsang.

W Wodospadach Cienia C.C. Hunter ukazała wampiry z zupełnie nowej perspektywy. Przede wszystkim stały się one bardziej ludzkie: zapadały na choroby, dosięgały ich problemy związane z ich nadzwyczajnymi zdolnościami czy też odczuwały potrzebę snu. Dodatkowo w akcję wplątanych zostało sporo nowych paranormalnych stworzeń, z którymi wampiry wspólnie egzystują. Są to między innymi: elfy, zmiennokształtni, wiedźmy lub też kameleoni. Poznać ich można po specyficznym "wzorze mózgu". Przyznam się, że gdy pierwszy raz usłyszałam to sformułowanie roześmiałam się w głos, naprawdę nie można było wymyślić jakiegoś innego sposobu na rozpoznanie do jakiego gatunku należy nowo poznana osoba? W sumie chyba wszystko byłoby lepsze niż "wzór mózgu".

Jeśli chodzi o główną bohaterkę to nie mogę powiedzieć, że obdarzyłam ją sympatią, choć kłamstwem byłoby też stwierdzenie, że jej nie polubiłam. Były momenty, w których podziwiałam jej odwagę oraz determinację w dążeniu do celu, jednak zdecydowanie przeważały te chwile,w których najzwyczajniej w świecie mnie irytowała. Jednym słowem, Della jest znakomitym przykładem postaci, z którą zupełnie się nie utożsamiam,co za tym idzie nie byłam w stanie wczuć się w akcję książki w stu procentach.

Jak w praktycznie w każdej powieści młodzieżowej (a już szczególnie tej o tematyce wampirów) tak i tutaj nie mogło zabraknąć wątku miłosnego. Nie jest on jednak jakoś szczególnie namiętny zważywszy na powściągliwość głównej bohaterki. Znacznie ciekawsze zdają się próby, jakie podejmuje Dellia, aby dołączyć do elitarnej jednostki JBF, pełniącej funkcję nadnaturalnego biura śledczego. Największym plusem książki jest jednak jej nieprzewidywalność, bowiem zdarzenia przyjmują zupełnie inny obrót niż początkowo mogłoby się wydawać.

Osobiście nie miałam okazji przeczytania poprzedniej serii „Wodospadów Cienia”, dlatego też nie jestem w stanie określić, czy nowo wydany cykl wypadł lepiej czy gorzej. Wiem natomiast, że wielbiciele paranormal romance z pewnością będą zachwyceni.  

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Feeria:

03:36

"Ezotero. Córka wiatru" - Agnieszka Tomczyszyn

Tytuł: Ezotero. Córka wiatru
Autor: Agnieszka Tomczyszyn
Wydawnictwo: MG
Data wydania: czerwiec 2015
Liczba stron: 274
Tematyka: Literatura polska
Ocena: 6/10

Latte zdaje sobie sprawę, że jej matka Fi skrywa przed nią pewną tajemnice. Jej zachowanie, odizolowanie i coroczne kilkudniowe wyjazdy tylko to potwierdzają. Dziewczyna w żaden jednak sposób nie jest w stanie wyciągnąć od swojej rodzicielki jakiejkolwiek informacji uzasadniającej te dziwne działania. Fi skrupulatnie chroni prywatności i nie pozwala, aby córka wciskała nos w nie swoje sprawy, woli by Latte ją nienawidziła niż żeby miała poznać jej sekret i, nie daj Boże, próbowała go zgłębić.

Pierwsze co zrobiłam, gdy usłyszałam o książce pani Agnieszki Tomczyszyn to sprawdziłam jej ocenę i opinie innych czytelników na lubimyczytać, jako że nie były one najwyższe to z mniejszym entuzjazmem podeszłam do lektury „Córki wiatru”. Książka poleżała trochę czasu na półce zanim w końcu zdecydowałam się po nią sięgnąć i …. o dziwo byłam mile zaskoczona. Szybko bowiem wciągnęłam się w akcję i z zainteresowaniem śledziłam losy bohaterów.

Dużym plusem „Ezotero” jest połączenie trzech różnych gatunków literackich: fantasy – Latte na łamach książki poznaje swoje paranormalne zdolności, kryminalnego –bohaterka stara się pomóc policji w rozwiązaniu sprawy śmierci mecenasa Falesse sprzed wielu laty oraz obyczajowego – ukazuje trudne stosunki między matką a dorastającą córką. Autorka umiejętnie połączyła ze sobą wszystkie te wątki w spójną całość i choć początkowo akcja nie jest nadzwyczaj wciągająca to rozwija się w szybkim tempie (czasami nawet aż w za szybkim, bo w jednej chwili bohaterowie są dziećmi, w następnej nastolatkami, a zaraz potem dorosłymi osobami, sprawiło to że momentami czytając o dojrzałych decyzjach bohaterów przed oczami wciąż miałam ich dziecięce sylwetki), ponadto zdradzę, że zakończenie jest naprawdę zaskakujące.

Pisząc recenzję tej książki, nie sposób nie wspomnieć o przepięknej okładce (brawa dla grafika), która chyba jest największą zaletą powieści. Patrząc na nią można by pomyśleć, że treść „Córki wiatru” będzie bardzo refleksyjna i spokojna, tymczasem jednak akcja książki ani nie skłania do przemyśleń ani nie tym bardziej nie jest melancholijna. Jednym słowem potencjalny czytelnik jest nieco robiony w balona.

Podsumowując, „Ezotero. Córka wiatru” nie jest najgorszym (ale też nie najlepszym) debiutem młodej polskiej pisarki. Myślę, że jeśli autorka podszkoli nieco swój warsztat literacki to jej kolejne powieści mogą być na znacznie wyższym poziomie. Póki co książkę mogę polecić przede wszystkim osobom lubującym się w tematyce ezoterycznej.  

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu MG: 
Copyright © 2014 . . . Public - Reading . . . , Blogger